Stażystka. Mój romans z prezydentem Kennedym i jego skutki - Mimi Alford

"Nauczyłam się, że być może przeceniłam siłę szokujących właściwości tej historii" pisze autorka tej zacnej pozycji na stronie 223, czyli 30 stron przed końcem książki. Cóż, gdyby zamiast na końcu umieściła to zdanie na początku, nie miałabym poczucia zmarnowanego czasu. Ech, kiedy na książce widnieje napis „sekretny romans Kennedy’ego”, to chyba oczywiste jest, że oczekuję od tejże jakiejś pikanterii. Szczegółów? Opisów? O, słodka naiwności! Autorka tego dzieła bowiem ubzdurała sobie, że jej romans z prezydentem to uczucie wzniosłe niczym te, o których czyta się w dziełach Jane Austen. Tyle że tu wieje tak wielką nudą, brakiem jakiegokolwiek romantyzmu i takim niedopowiedzeniem, że człowiekowi robi się słabo. Może ze dwa razy były jakieś bardziej interesujące rzeczy niż kąpanie się z Kennedym w basenie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że po pół wieku ta biedna kobieta nadal nie odkryła jednej rzeczy – była zabawką i ofiarą manipulacji seksoholika z zaburzeniami psychicznymi. Ona opisuje go jako ideał, delikatnego i czułego mężczyznę, o którym nie da się powiedzieć niczego złego. Nie wiem, czy ja mam tu czytać między wierszami, co tam się działo za każdym razem? Sama sobie mam to dopowiadać? To po co mi taka książka, skoro jej autorką jest jakaś letnia stażystka, która robi wokół swojej historii wielkie halo i nic poza tym. Jaki jest jej cel? Kasa? Za mało szokujące te historie. Opis zadurzonej po uszy dziewiętnastolatki, która idealizuje swojego kochanka, nie jest niczym nadzwyczajnym. Jakieś próby wytłumaczenia światu, czemu miała z nim romans powinny się skończyć na „bo mnie uwiódł”, ale nie, lepiej napisać 250 stron pseudoskandalu z czego może 50 jest o Kennedym, który w zasadzie jest przedstawiony w samych superlatywach. Raz tylko wspomina o zdarzeniu, które wiele mówi o tym człowieku, ale widocznie autorka stwierdziła, że lepiej tego nie zgłębiać, bo najwyraźniej szkaluje to dobre imię zmarłego prezydenta. I znów wracamy do pytania: więc po co to kobieto napisałaś?

Zabawne jest też to, jak Mimi wydaje się, że była dość ważna dla Kennedy’ego i jak go tłumaczy, że on zrobił coś ze względu na nią (np. przestał z nią sypiać, bo się zaręczyła). Ech, głupiutkie toto było i głupiutkie toto pozostało. Nie warto tego czytać, bo to nie jest coś, co wzbudza wypieki na twarzy, co szokuje i co czyta się z zapartym tchem (chyba po to chcemy czytać takie pozycje, prawda?). To jest pretekst do opisania swojego życia, którego nikt by nie chciał poznawać, gdyby nie ta cała historia z Kennedym. Choć jak dla mnie słowo „romans” jest tu nadużyciem, bo opisuje ona wszystko (nawet komu i w jakich okolicznościach zwierzyła się z tego wielkiego sekretu) tylko nie rzeczony romans. Nawet kiedy Kennedy ginie i już nie ma mowy o tym całym ROMANSIE, książka ma jeszcze 70 stron, gdzie autorka opisuje nam resztę swojego życia do dnia dzisiejszego (bagatela 40 lat) oraz jak to umawiała się na randki już po sześćdziesiątce i inne takie pierdoły. Pierwszy raz biłam się książką po głowie, że jest tak durna i że tak mnie usypia. Zwieńczeniem jest opis tego, jak zakochała się w obecnym mężu, kiedy powiedział, że jego ulubionym warzywem jest brukselka („Cóż może być lepszego, pomyślałam, niż człowiek, którego entuzjazm wobec brukselki dorównuje mojemu?” – s. 240), a potem szczegółowa relacja, gdzie byli, co robili, o czym rozmawiali, czyli wszystko to, co powinno być o Kennedym, a czego tu W OGÓLE NIE MA.